cinder marissa meyer, okulary ace & tate, podcast o książkach

Grudzień to grudzień, na dobrą sprawę na liście ulubieńców większości osób znajdują się pierogi, bigos i choinka. Miesiąc ten możemy także śmiało uznać miesiącem wnętrzarskim, z tego względu, że wszyscy dekorują swoje domy i ubierają świąteczne drzewka. Święta jednak już się skończyły i niedługo będziemy ściągać wszystkie dekoracje i zanosić je do piwnicy.

Dla mnie osobiście grudzień był miesiącem nowości. Pierwszy raz dekorowałam mieszkanie własnoręcznie wykonanymi ozdobami. Zrobiłam choinkę z gałęzi, jakie nazbierałam po wichurach, leżały na ulicy i tylko czekały, aby przeobrazić się w moje bożonarodzeniowe drzewko. Nowością dla mnie są również okulary ace & tate, albo raczej fakt, że w ogóle powinnam nosić jakiekolwiek. Dzięki temu, że miałam sporo wolnego czasu zapoznałam się książkami, po które nigdy bym nie sięgnęła a okazały się niemożliwie świetne! Winą obarczam pewien podcast o książkach, o którym zaraz się dowiecie. Jak widać, pisanie tylko o świętach byłoby totalnie nieadekwatne do rzeczywistości.

cinder marissa meyer, podcast o książkach, czytu czytu

1. Cinder i Podcast o książkach czyli Czytu Czytu

Moim celem czytelniczym na rok 2017 było czytanie czegoś innego niż kryminały. Nie stawiałam sobie żadnych liczbowych poprzeczek, bo takie ściganie się z samym sobą zabierałoby mi przyjemność z czytania. W tym momencie sięgam po książki tylko wtedy, kiedy mam na to ochotę. Nie przejmuję się, że nie przeczytałam jednej książki tygodniowo i nie osiągnęłam tego „okrągłego” wyniku 52/365. Przed świętami i w trakcie świąt zgodnie z postanowieniem oddałam się literaturze Young Adult, czego moim ostatnim egzemplarzem w życiu była chyba Jeżycjada ponad 10 lat temu. Pamiętam, że odkąd w liceum odkryłam trupa w książce nie miałam ochoty przez wiele lat na jakikolwiek inny gatunek. Agata Christie i Joanna Chmielewska w kółko Macieju. Wyjątek robiłam tylko dla Jane Austen.

Przeczytanie powyższej pozycji zawdzięczam dziewczynom z Czytu Czytu. Prowadzą w trójkę podcast o książkach – nie tylko recenzje, ale także dyskutują o wielu aspektach związanych z czytaniem i wydawnictwami. Każda z prowadzących ma inny gust, ale łączy je świetne flow do gadania, co sprawia, że wszystkie odcinki wchodzą jak masełko. Polecam z całego serca, jeżeli jakimś cudem jeszcze nie znacie. Udowadniają, że podcast o książkach, wciąga jak dobry kryminał.

Mimo wiary w Czytu Czytu, kiedy w Empiku przeczytałam, co jest napisane na tyle okładki Cinder Marissy Meyer pomyślałam, że prędzej niż historia kopciuszka-cyborga urzeknie mnie Katarzyna Michalak. Serio. Opis odrzuca, zaufajcie mi i nie czytajcie, bo was niepotrzebnie zniechęci. Powędrowałam jednak do kasy z tą książką traktując ją, jako wyzwanie. Zaczęłam czytać na wieczór przed wigilią i skończyłam nad ranem. Przy kolacji siedziałam jak zombie, ale to nie istotne. O czym jest ta książka? No na pewno nie o kopciuszku. Okładka oczywiście sugeruje, że to baśń opowiedziana na nowo, ale prawda jest taka, że w tej historii znajdziemy po prostu tylko kilka najbardziej charakterystycznych motywów, typu zła macocha (dbając o terminologię jak dla mnie jest bardziej właścicielką Cinder niż jej macochą), postać księcia Kaia, (bo po prostu jest księciem), wielki bal (tudzież miejsce kaźni) i zgubiony pewien element na schodach. Tak, główna bohaterka jest w ponad 30% maszyną, tak, na księżycu mieszkają ludzie i tak, czasy w książce opisują wydarzenia po czwartej wojnie światowej.

Dla tych, co nie odnajdują się w takich futurystycznych klimatach nic straconego. Historia, sama w sobie, pokazuje świat od strony osoby, która jest traktowana jak przedmiot i dyskryminowana przez społeczeństwo, a mimo tego stara się zrobić coś dobrego dla tego niesprawiedliwego świata. Miłość do książek o cyborgach nie jest wymagana, żeby pokochać Cinder. Główna bohaterka jest najlepszym mechanikiem w mieście, ma charakterek, nie jest egzaltowaną panną tylko hardą i konkretną babeczką. Mimo przeciwności losu nie użala się nad sobą tylko idzie do przodu. Akcja mknie przez całą powieść, nie sposób jest się oderwać od jej kart chociażby na chwilę. Jedyne zastrzeżenie mam do tego, że na stronie 123 jest taki spojler, że naprawdę nie wiem, kto się nie domyśli rozwiązania.

okulary ace & tate, podcast o książkach czytu czytu

2. Okulary ace & tate

Studia na politechnice i praca przy komputerze niestety zebrały w końcu swoje żniwo w postaci dobrego wzroku. Miałam szczerą nadzieję, do samego końca, że te godziny spędzone nad cyferkami albo przy AutoCadzie nie pogorszą mojego widzenia. Niestety stało się inaczej i mimo tego, że się długo broniłam dzisiaj piszę do was już, jako okularnik.

Firmę ace & tate poznałam całkiem przypadkiem, po prostu spacerując natknęłam się na ich sklep. Jest to marka produkująca ręcznie robione okulary. Pochodzi z Amsterdamu i ma kilkanaście butików w całej Europie. Przysięgam, że nigdzie nie widziałam tylu świetnych oprawek na raz w jednym miejscu. Zdecydowanie każdy znajdzie tam coś dla siebie. Fani lenonek? Znajdą. Fani dużych, ale cienkich metalowych oprawek? Znajdą. Amatorzy geometrycznych kształtów? No ba! Zwolennicy wszystkich trendów jak i klasyki na pewno znajdą swój ulubiony fason. Wszystkie okulary ace & tate kosztują 98 € i jest to cena za oprawki wraz ze szkłami. Jak na moje oko (-1) oferują najlepszy stosunek, jakości do ceny.  Za dodatkową opłatą 20 € okulary będą gotowe w godzinę. Lista miast, w których mają stacjonarny sklep jest dostępna na ich stronie internetowej. Oferują również darmową wysyłkę i zwrot. Dodatkowo, jeżeli nie będziecie zadowoleni z modelu lub moc okularów nie będzie wam jednak odpowiadać macie 30 dni na darmowy zwrot lub wymianę.

Spośród dziesiątek okularów ace & tate ja wybrałam model Phoebe w wykończeniu transparentnym Champagne. Od razu jak dostałam receptę na szkła wiedziałam, że chcę duże oprawki w kształcie kociego oka. Są one zrobione z ultralekkiego plastiku, a w salonie obsługa dokładnie dopasowuje je do kształtu głowy. Jestem zakochana po uszy w tych okularach. Noszą się wygodnie, wyglądają moim zdaniem obłędnie. I co tu dużo mówić. Stwierdzam fakt, że wolę siebie w okularach niż bez nich. Kto by pomyślał.

Jeżeli jednak nie wierzycie mi na słowo, jako nowicjuszce, to pragnę dodać opinię osoby, która nosi okulary od kilkunastu lat.

„Są super, jak Ray Bany”

okulary ace & tate, świeczka watery musk

3. ŚWIĘTA ŚWIĘTA ŚWIĘTA

W kontekście pierwszych razów te święta były niezwykle udane. Uśmiałam się z domowych scen rodem z Monty Pythona, naczytałam się książek jak nigdy i niestety tak samo najadłam. Nie oglądałam Kevina, bo wolałam czytać. Ubrałam 3 choinki, ale za to nie upiekłam ani jednego ciasta, (bo czytałam!). Za swój świąteczny sukces uznaję także wykorzystanie po raz pierwszy latarenki z IKEA po czterech pełnych latach od jej zakupu. Odnalazłam swoje powołanie w wytwarzaniu ozdób świątecznych i mam zamiar w tym roku rozpocząć bardziej zorganizowaną produkcję. Więc na pewno oczekujcie zatrzęsienia świątecznych tutoriali już za 10-11 miesięcy (a zobaczycie jak to szybko zleci) i być może nawet jakiegoś sklepu internetowego ze świątecznymi dekoracjami.

Jako ostatni miesiąc roku, grudzień nie jest na pewno na ostatnim miejscu, jeżeli chodzi o najlepsze miesiące w 2017 roku. Oprócz wspomnianych w dzisiejszym wpisie okularów ace & tate, podcastu o książkach Czytu Czytu i kolejnych wspaniałych świąt Bożego Narodzenia do ulubieńców zaliczyłabym także kilka innych rzeczy.

Morderstwo w Orient Ekspresie i fakt, że na końcu filmu dostajemy po twarzy informacją, żeby oczekiwać ekranizacji kolejnej powieści królowej kryminału, czyli Agaty Christie.

Slash Natalii Osińskiej, czyli chyba moją ukochaną polską książkę tego roku. Leon & Tosiek forewa!

Grace i Grace Margaret Atwood, jako najbardziej ciarkogenną książkę ostatnich miesięcy. Dopiero zaczynam serial Netflixa na podstawie tej powieści, mam nadzieję, że udźwignęli temat.

Kwiatek Monstera, który nie wiem, jakim cudem, ale wypuścił i rozwinął (!) aż cztery nowe listki podczas świąt. W takim tempie niedługo urban jungle w mieszkaniu przestanie być tylko hasztagiem…

A wy, co ulubiliście sobie w grudniu? Oprócz pierogów oczywiście 😀